Straszydło i ciąg liczb naturalnych

Data dodania : 2016-02-14

Obóz, może reko. Zatrzymaliśmy się w niezwykle małym hotelu, no skromnie było jak nie wiem. Dla każdego w pokoju pzypadał jakiś metr kwadratowy i weź to zagospodaruj. W dalszej części snu to się jakoś wyregulowało, widocznie mój mózg stwierdził, że jednak mogę sobie pozwolić na wiecej miejsca. Dzięki mózgu. Zatem ośrodek wielkości już mniej więcej przeciętnego gimnazjum, stał sobie gdzieś na terenach lesistych, ale nie za daleko od miasta. Wyszłam się przespacerować wzdłuż płotu. Moją uwagę przykół uszczerbek w jednej z desek, tuż przy ziemi. Miałam wrażenie, że już go gdzieś widziałam. No i ba. U mnie w pokoju (tym hotelowym) wisiał obraz. Malutki, kwadratowy, w ciemnych barwach, biło od niego grozą. Przedstawiał dziwne, pokraczne stworzenie bez twarzy, zamazane, siedzące w pozycji płodowej na sznurku do prania, przewieszonym między drzewem i badylem. Z tym, że w tle był płot, a w płocie... ten uszczerbek. Wyjrzałam przez okno i utwierdziłam się w przekonaniu że to jest właśnie scena namalowana żywcem z podwórka hotelu właśnie! No i co z tego, powiecie? No dużo. Bo jak to w snach bywa, oczywiście owa skulona postać to było jakieś potworzysko porywające ludzi bez zwrotu, od dzieci poczynając, a obraz miał być dowodem, że grasuje on właśnie na terenie ośrodka. Teraz brzmi to nijako, ale w rzeczywistości sennej panował nastrój żywcem z "Synistera". No nic. Zebraliśmy wszystkich obozowiczów, żeby razem z opiekunami wyjaśnić im istotę zagrożenia. Byli dość kumaci (dzięki mózgu, za tę odmianę!), więc kiedy przyszło co do czego i musieliśmy stawić czoło kreaturze, szybko się uporaliśmy i było po wszystkim. Przypisek: Kreatura, dziwadło o którym cały czas piszę, to coś jak ten biały pożeracz małolatów siędzący przy syto nakrytym stole z "Labiryntu Fauna". Z tym że później przyjechał drugi turnus obozowiczów. Ich także chciałam ostrzec, z tym że oni już tak pojętni nie byli, w sumie mieli wszystko w nosie, tak samo jak z resztą ich kierownik. Przemyciłam garstkę, która wydawała mi się ogarnięta, do kotłowni i tam zaczęłam im wszystko wyjaśniać. Jednak oni zrobili sobie z tego bekę, niektórzy wymknęli się do składzika-piwnicy i coś zepsuli, tak że cały ciąg liczb naturalnych dodatnich zaczął się ulatniać drzwiami. Nie potrafiłam tego zatrzymać (a to przecież jest nieskończone!!!), liczby wyleciały na miasto, zapadła się ziemia, a z nią wszystkie budynki, działało to jak ruchome piaski. Patrzyłam jak giną całe rodziny, a dyrektorka hotelu stała obok mnie i pół śmiejąć się, pół płacząc mówiła mi, że nieźle się wkopałam.