Uprzywilejowani więźniowie obozu

Data dodania : 2015-07-02

Trafiłam do takiego jakby obozu pracy. Stało się to niewinnie... przejeżdżaliśmy przez jego teren autobusem z wycieczki szkolnej. Jednak w pewnym momencie odłączyłam się od grupy. No i... no i właśnie zostałam zwerbowana. W obozie najważniejsza była jedna zasada: Nie przekraczać linii, granicy. Wtedy ginałeś od odstrzału. Jako obozowiczka byłam naprawdę sprytna. Potrafiłam zadbać o siebie i szybko stałam się ulubienicą głównego przywódcy. Wszystko zmieniło się, kiedy do obozu trafili moi rodzice. Oni w ogóle nie rozumieli sytuacji. Chociaż przywódcy wyjaśniali im zasady, w tym tę najważniejszą- o przekraczaniu linii, oni wciąż myśleli, że to żarty. Szkoda im było czasu. Chcieli wyjść. Wiedziałam, że zginą, jeśli tylko zrobią krok w niewłaściwym kierunku. Odciągnęłam ich na bok i zaczęłam tłumaczyć, że oni ich naprawdę zabiją, że mają zostać. Nosz kurde, jak do ściany! (W moich snach mam zawsze wyjątkowo tępą rodzinę. Chętnię poddałabym się jakiejś analizie psychologicznej, żeby dowiedzieć się, co to może oznaczać.) No i wzięli linię przekroczyli. Złapali ich, postawili przed przywódcą, który już trzymał rewolwer. Zawołałam: "STOP!". Facet spojrzał na mnie zniecierpliwiony. Zadeklarowałam się, że sama to zrobię. Uzyskałam zgodę szefa szefów- jak już wspomniałam świnia mnie lubił. Tyle że miałam ich zabić inaczej, przez truciznę. Taka zielona breja. Zostałam z nimi sam na sam w pokoju. Najwyższy czas, aby trochę poeldelować. Już całkiem świadoma śnienia, przeteleportowałam rodziców do Katowic. Sama puściłam się biegiem do ucieczki. Szefuncio spojrzał na mnie zdziwiony. Zawołałam coś typu "Sajonara", ten zacisnął z wściekłości wargi i zaczął mnie gonić. Niektórzy więźniowie skorzystali z zamieszania i również zaczęli się wymykać. Nic im się nie działo, bo szef kazał wszystkim skupić się na mnie. W pewnym momencie zatrzymałam się, obróciłam do niego i zapytałam "Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego byłam taka spokojna? Strzelaj, to się przekonasz." Strzelił. Kula przeszyła moje ciało i... nic. Uśmiechnęłam się triumfalnie. "To mój sen", powiedziałam jeszcze. Mężczyzna zaczął strzelać we mnie w furii. Na próżno. Jak ja zawsze kocham ten moment :3 Wzbiłam się w powietrze. I na miotle, która pojawiła się ni stąd ni zowąd, czmychnęłam z prędkością 200km/h. Udało się. Byłam w Katowicach. Wolna. Znalazłam rodziców. Chcieliśmy się przeprowadzić ze względów bezpieczeństwa, zmienić nazwisko itp. Podróżowaliśmy takim minibusem hipisowskim, nie wiem, jak to się nazywa naprawdę. Miłym akcentem na koniec przygarnęłam małego ptaszka animaga, który również uciekł z obozu. Pamiętam, jak trzymałam go w dłoni. I te jego malutkie piórka, mięciutki brzuszek. Kochany! Byłam z siebie dumna. Naprawdę. A potem się obudziłam i... do diabła! A co z resztą więźniów??? W dzieciństwie zawsze uwalniałam wszystkich w takich sytuacjach, przeprowadzałam rewolucję. Ostatnio zauważyłam, że teraz troszczę się tylko o siebie i najbliższych. To chyba przejaw jakiegoś egoizmu zbliżającej się nieuchronnie dorosłości.